niedziela, 13 października 2013

Razem trzydziesty szósty, czyli jesien 13-10-13

Dawno już chcieliśmy z Żoną M pojechać w czasie złotej polskiej jesieni w góry.
Popatrzeć na kolorowe szaleństwo, zrobić kilka zdjęć, łyknąć tlenu, czyli w sumie odpocząć.
Dzisiaj wreszcie udało nam się, po nabożeństwie i szybkim obiedzie wreszcie jedziemy, nawigacja po aktualizacji nie odpala, postanawiamy do Ustronia, potem przez Lipowiec do Brennej.
Ważne żeby było kolorowo i liściaście.
No i było, tyle że świeże powietrze szkodzi, M od nadmiaru rozbolała głowa, a mnie dziwne ssanie
w połowie wysokości opanowało i kolację musiałem wcześniej, ale było warto.





No i jeszcze powrót ze słońcem w zębach, tak trochę na pamięć, ale jeszcze przed komunikacyjną kumulacją, czyli bezpiecznie.
 W sumie niezłe zakończenie tygodnia.

niedziela, 29 września 2013

Na grzyby

Nie jestem fanatycznym miłośnikiem grzybów,ale samo zbieranie kręci mnie. Chodzenie po lesie, włażenie w pajęczyny, rozmowy z innymi grzybobiorcami. Rozważania,jadalny czy nie, (dla uspokojenia bliskich informuję że nieznanych nie biorę) możliwość fotografowania.
 Mimo tłumów cisza w lesie, no chyba że ktoś się zgubi, i rozpaczliwie szuka partnera ..."bo on ma kluczyki do auta"...
Niekonkurencyjne, mimo konkurencji przecież zachowania współzbieraczy, atmosfera sympatii wręcz, chyba to właśnie decyduje o niepowtarzalnej atmosferze grzybobrania, o tym że fajnie jest.
 ...grzybiarze obrodzili...
 szczękacz galaretowaty......podobno jadalny, nawet na surowo...nie będę próbował...    
... tak łatwo nie było wypatrzeć...tutaj upozowany do zdjęcia....
  ...podsumowanie...

niedziela, 15 września 2013

Grzyby...

Wybraliśmy się na kijki, do lasu, z przyjaciółmi.Pogoda była co prawda niezbyt kijkowa, kijowa raczej, czyli do "d".
Las też niespecjalnie sympatyczny do deptania, mokry, bo popadało, jakiś taki pozarastany od ostatniej naszej bytności, ale "kwardym trza być",idziemy i już.
Deszcz zrezygnował, komary nie gryzły, i mimo mokrych butów zrobiło się sympatycznie.
Zrobiłem kilka zdjęć, nam i grzybom, co czasami wychodzi na jedno,ale my mniej kolorowi.
Niektóre nawet jadalne były, trochę nazbieraliśmy, w ramach bonusu.





  Najfajniej wyglądał olbrzymi tęgoskór, dokładnie wyjedzony przez żuka gnojaka, czyli skarabeuszka,
  który nadal mieszkał w obudowie swojego posiłku. Trochę jak stara zniszczona czaszka, z robaczywymi myślami.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Bluszcz

Bluszcz jako taki ciepło lubi, lepiej mu się w ciepełku rośnie, ba nawet kwitnie i wydaje owoce.
Nad morzem, Bałtykiem znaczy, rośnie mu się wspaniale,znaczy ciepłe to nasze morze, a może
 raczej ocieplające, ocieplające  zimowe miesiące.
Dla ilustracji fotki bluszczu w Międzywodziu, na ulicy Szkolnej, radzi sobie świetnie.
 Wspina się do słońca po silniejszych sąsiadach, intensywnie się przytulając, dla osiągnięcia korzyści.



  Znaczy oportunista, ciepłolubny taki.

piątek, 16 sierpnia 2013

Free WiFi spot

Rok temu, mniej więcej, byliśmy z dziećmi i wnukami nad naszym polskim, śródlądowym morzem.
W ramach mnożenia atrakcji, wybraliśmy się któregoś dnia do kina, do takiego wypasionego
multikina w Rumii.
A tam, na drzwiach toalety, duży zielony napis: WiFi, darmowy internet. Miejsce, myślałem, nieco osobliwe, ale jeśli działa ?
Święto Wojska Polskiego spędziliśmy w tym roku w Brennej, na działce przyjaciół.
 Żona moja i gospodyni usiłowały przez długi czas połączyć się z internetem, z mizernym raczej skutkiem.    A mnie fizjologia zmusiła do skorzystania z miejsca odosobnienia i zadumy. Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się że mam łączność z internetem, taki malutki hot spot w sławojce.
Zaczynam pomału wierzyć,  że te miejsca mają jakąś szczególną zdolność kumulowania zasięgu WiFi.
Miejsca może niespecjalnie atrakcyjne, ale mają zasięg.
Jaromir Nohavica w jednej ze swoich piosenek użył w refrenie słów "do prdele prace". Czyżby dotyczyło to również internetu ?
Jak mówią, coś musi być na rzeczy.
Mistrz Joda w "Gwiezdnych Wojnach", w takich momentach mówił : ...Moc z Wami...

czwartek, 1 sierpnia 2013

bambusik

W zeszłym roku zakwitł, i według wszelkich prawideł dotyczących bambusów powinien obumrzeć, widocznie nie czytał nigdy książek o bambusach, albo zbyt oderwał się od rodziny, bo w tym roku ma się świetnie i znowu kwitnie.
Kiedy go zobaczyłem,ucieszyłem się,niepokorny, analfabeta nie ma pojęcia co bambusom pisane, w wyniku tej nieświadomości, dokonuje niemożliwego.
Z większością wynalazków podobno było tak samo, ktoś nie wiedział , że " eda się".*

* tak mówiła córka znajomych na niemożliwe , kiedy miała dwa lata.

wtorek, 9 lipca 2013

...tylko trzy tygodnie...

Trzy tygodnie , tylko, byłem tym razem w Londynie.Te trzy tygodnie były najdłuższym moim w Londynie pobytem ,intensywnym pod względem prac do wykonania, czasu spędzonego z wnukami i rodziną.
Pokonane pieszo kilometry zaowocowały bólem nóg, ale przy okazji niejako mogłem pooglądać londyńską,
rozpasaną wegetacyjnie przyrodę.
Owocujące bananowce przed szeregowym domkiem, kwitnąca w ogródku palma, ogromne maki, owocujący ostrokrzew obok ostrokrzewu kwitnącego, wojownicze bambusy ,zarastające trawnik przed muzeum, nie tylko w przeznaczonym im miejscu, ale wszędzie gdzie zdołały sięgnąć.
Stado papug w Richmond Park, jelenie, daniele, wiewiórki i lisy, a wszystko to w wielomilionowym mieście,
stolicy Brytyjskiego Imperium.
Po prostu intensywne życie,w parkach, ogródkach, pęknięciach murów i ścian, wszędzie.







Po prostu Londyn.